Hawana – barwna stolica

Z podróżami na drugi koniec świata często jest tak, że na początku dają nam popalić. Na wieść o przesunięciu startu samolotu do Hawany o półtora godziny nie było mi do śmiechu. Oznaczało to, że pomimo braku sił trzeba będzie szybko odnaleźć się w kubańskich realiach, zupełnie innych od tych, do których przywykliśmy w Europie.

hawana

Kiedy pot leje się z czoła

Lotniska to niemal zawsze miejsca klimatyzowane, czego nie można powiedzieć o międzynarodowym porcie lotniczym imienia José Martí. Być może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że każdego pasażera czekała bardziej lub mniej szczegółowa kontrola, a mój organizm nadal funkcjonował według czasu środkowoeuropejskiego. Tęskniący za poprzednim ustrojem z pewnością byliby uradowani z długiej kolejki turystów ustawionej do dwóch kantorów. Z racji tego, że takie są uroki podróżowania, także i mnie przyszło do niej dołączyć. Jako ciekawostkę, która jest bardzo istotna dla osób wybierających się na Kubę, że najrozsądniej jest zabrać ze sobą każdą z popularnych walut (jak np. Euro, Funt), byle nie Dolary amerykańskie. Ich wymiana obłożna jest aż 10% podatkiem. Mając już w portfelu plik kubańskich peso, nie pozostawało nic innego, niż znalezienie taksówki, która zawiezie nas w miejsce noclegu.

hawana

Z racji znikomej znajomości języka hiszpańskiego jeszcze przed wylotem udało mi się wraz z moim chłopakiem zapoznać inną parę z Polski, z którą mieliśmy podążać do tej samej, historycznej części Hawany. Jako że wysiadaliśmy jako ostatni, to nam przyszło uiścić opłatę. Kierowca, który na lotnisku nie wykazywał żadnej znajomości języka angielskiego, nagle zaczął wykrzykiwać: „fourty”. To miło z jego strony, że chciał za wszelką cenę znaleźć z nami wspólny język, jednak nie na taką kwotę się umawialiśmy. Nie wiadomo co by było, gdyby się nie śpieszył, jednak coś odburknął, przyjął 26 CUC i odjechał wyraźnie niezadowolony. Po użyciu dzwonka do drzwi spotkała nas kolejna niespodzianka. Tej nocy byliśmy oddelegowani do innej casy, o poranku mieliśmy zawitać na dłużej u Pepe, z którym wcześniej korespondowaliśmy mailowo. Małym zaskoczeniem był fakt, że Yamir, który był naszym zastępczym gospodarzem, bardzo dobrze władał angielskim. Po dotarciu do pokoju nie zostało nic innego jak wzięcie prysznicu i zapadnięcie w głęboki sen…

Wejście w odpowiedni rytm

hawana

Nazajutrz przenieśliśmy bagaże ulicę dalej i ruszyliśmy na miasto. Pomimo wciąż odczuwalnego zmęczenia, wynikającego w tym momencie głównie ze zmiany strefy czasowej chcieliśmy maksymalnie wykorzystać 3 dni na poznanie bliżej Hawany.

hawana

Historyczna dzielnica miasta Hawana – Vieja to bez wątpienia miejsce wyjątkowe. Nie znajdziecie tu niemal żadnych przejawów nowoczesności. Wiele ulic jest dziurawych niczym ser szwajcarski, a wasze zawieszenie waszych samochodów zakończyłoby żywot na pierwszej napotkanej dziurze. Mimo to zabudowa jest tak imponująca, że nawet osoby, które nie pasjonują się architekturą, będą nią zachwycone.

hawana

Na wielu spośród tych urokliwych ulic toczy się także prawdziwe życie codzienne Kubańczyków. Często bliżej mu do ubóstwa niż do dobrobytu, jednak na twarzach tych ludzi widać pogodne uśmiechy. Być może sami mielibyśmy takie same miny, gdyby przyszło nam życie w tak gorącym klimacie.

hawana

Po ustaleniu właściwych kierunków świata poznawanie okolicznych zabytków stało się znacznie prostsze. Mimo ostrzeżeń o rzekomych częstych kradzieżach telefonów komórkowych nas nic takiego nie spotkało. Oczywiście posiłkowaliśmy się smartfonem z mapami offline wyłącznie w razie faktycznej potrzeby. Do pełni szczęścia wystarczyła mapka dołączona do anglojęzycznego przewodnika wydawnictwa Loneley Planet, który okazał się wielką skarbnicą wiedzy. Chodząc pewniejszym krokiem, rzadziej słyszeliśmy wołanie w naszym kierunku: „taxi amigo?”.

hawana

hawana

hawana

Jak ryba w wodzie

hawana

Dysponując pokojem z interesującym widokiem na ulicę Habana, nie trzeba w zasadzie nastawiać budzika. Już od wczesnych godzin porannych słychać ludzi, którzy próbują sprzedać cygara, owoce, czy też zwyczajnie toczą dysputy z sąsiadami. Zapewne na dłuższą metę byłoby to męczące, jednak nie zaszkodzi posłuchać trochę języka hiszpańskiego i zaobserwować, jak miasto budzi się do życia.

hawana

Dobra lokalizacja noclegu to podstawa, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Mając mniej więcej kilometr do słynnego Kapitolu można się do niego wybrać pieszo którąś z losowo wybranych przecznic. Układ miasta jest łatwy do zapamiętania, ponieważ przypomina siatkę.

hawana

Nieopodal najsłynniejszego budynku na Kubie wzniesionego na wzór Białego Domu w Waszyngtonie znajduje się brama do dzielnicy chińskiej (Barrio Chino). Jednak osoby, które spodziewałby się czegoś na wzór nowojorskiego Chinatown będą zawiedzione. Poza kilkoma restauracjami ślad po Chińczykach zaginął na dobre.

hawana

hawana

Nie pozostało nic innego, jak poszukanie taksówki, która zawiezie nas na dworzec autobusowy Viazul. W międzyczasie zaczepiło nas młode małżeństwo, które za wszelką cenę chciało nas oprowadzić po fabryce cygar, w której można było nabyć tylko dziś i tylko do godziny cygara w „atrakcyjnej” cenie. Grzecznie odmówiliśmy, ponieważ dało się odczuć, że jest to łapanka naiwnych turystów.

hawana

Podchodząc na postój taksówek, należy się spodziewać zawyżonej ceny za przejazd. Nam udało się jednak wynegocjować rozsądną kwotę i ruszyliśmy na miejsce docelowe. Ponieważ ceny biletów lotniczych w obrębie Kuby są dość wysokie, postanowiliśmy skorzystać z autokarów stworzonych wyłącznie dla turystów o nazwie – Viazul. Z racji tego, że dużo osób podróżuje po Kubie, radzono nam, by kupić bilety z wyprzedzeniem. Teoretycznie może dojść do sytuacji, w której nie będzie miejsca i pozostanie skorzystać z taksówki, której kierowca będzie chciał wycisnąć z nas jak najwięcej.

Pomniki cenniejsze od ludzi

hawana

Naprzeciwko dworca autobusowego Viazul znajduje się ZOO, które niezależnie od moich chęci było we wtorek zamknięte. W przewodniku znalazłam informację, że prosperuje tam restauracja wegetariańska, jednak nie było mi dane jej odwiedzić.

hawana

Żeby nie tracić więcej czasu, konieczne było przemieszczenie się w okolice Vedado – jednej z dzielnic Hawany. Ponieważ kierowcy taksówek nie przystawali na nasze oferty, spróbowaliśmy się dostać na miejsce autobusem miejskim dla Kubańczyków. Po krótkim dialogu z osobami stojącymi na przystanku udało się nam ustalić, że autobus zmierza w tym kierunku co my. Pewnym zaskoczeniem będzie fakt, że nie ma w nich typowych biletów. Zamiast tego uiszcza się kierowcy opłatę w wysokości 1 peso kubańskiego (CUP). Jest to wartość o tyle symboliczna, że stanowi 1/25 wartości peso wymienialnego (CUC). W przeliczeniu na złotówki wychodzi mniej więcej jakieś 14 groszy. Szczegół tkwi w tym, że na Kubie w obiegu są dwie waluty. Jedna wyznaczana zgodnie z kursem Dolara amerykańskiego, do obrotu dla turystów (CUC) i druga, którą posługują się lokalni (CUP). W myśl powiedzenia, że „pomniki są cenniejsze od ludzi” można w prosty sposób odróżnić od siebie dwa rodzaje banknotów. Na wartych więcej znajdziemy wizerunki pomników, które mają tak wielkie znaczenie dla lokalnych władz.

Po dotarciu na Plac Rewolucji dało się wyczuć, że wkrótce w tym miejscu zgromadzą się tłumy, by uczcić jedno z największych świąt, jakim jest Święto Pracy. Wysoki na 109 metrów monument Jose Marti to jeden z najbardziej charakterystycznych punktów miasta. Jeżeli kiedykolwiek widzieliście fragment któregoś z przemówień Fidela Castro, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że w tle było widać właśnie ten pomnik.

hawana

Nieopodal tej wzniosłej konstrukcji znajdują się budynki dwóch ministerstw, na których umieszczono ogromne podobizny dwóch zasłużonych dla kraju bohaterów. Na jednej widnieje znany Che Guevara, na drugiej zaś Camilo Cienfuegos.

hawana

hawana

Samo Vedado to dzielnica, w której można spotkać wielu młodych ludzi, ponieważ właśnie tutaj znajduje się Uniwersytet. To właśnie tutaj znajdują się kultowe hotele, w których przed wybuchem rewolucji bawili się Amerykanie, a wśród nich także gangsterzy.

hawana

hawana

hawana

hawana

hawana

Na koniec dnia trafną decyzją okazuje się spacer wzdłuż Maleconu – betonowego deptaku ciągnącego się aż przez 5 kilometrów. Właśnie stąd rozpościerały się przepiękne widoki na lokalizację, która miała być celem jutrzejszej wyprawy.

hawana

hawana

hawana

hawana

hawana

hawana

hawana

hawana

Deszczowe pożegnanie

hawana

Zrobiony „na kolanie” plan podróży udawało się do tej pory spełniać w 100%. Nawet długoterminowa prognoza pogody pokrywała się niemal w każdym calu. Dysponując odpowiednią, ilością czasu udaliśmy się o poranku na prom, który zmierzał do pobliskiej Casablanci.

hawana

Na nieszczęście dla nas obowiązywały dwie, skrajnie różne ceny biletów. Nie odczuliśmy tego mocno po kieszeni, jednak nie lubimy być szufladkowani pod żadnym względem. Podobnie jak inni turyści udaliśmy się na szczyt, gdzie znajdowała przede wszystkim wielka figura Jezusa Chrystusa.

hawana
Co prawda nie tak duża, jak ta w Rio De Janeiro, jednak podobnie i w tym przypadku górowała nad miastem. Warto było się wspiąć na górę choćby z tego powodu, że z tego miejsca doskonale było widać Hawanę. Z oddali nietrudno było poznać charakterystyczne budynki takie jak Hotel Nacional, czy Kapitol.

hawana

Przy zamku de los Tres Reyes del Morro wśród zgromadzonych eksponatów szczególną uwagę zwracał na siebie fragment poszycia zestrzelonego przez Kubańczyków amerykańskiego samolotu.

hawana

hawana

hawana

Latarnia morska, którą koniecznie chcieliśmy odwiedzić była nieczynna, stąd zadecydowaliśmy, że wrócimy do starej Hawany, gdyż istnieje duże prawdopodobieństwo, że niebawem się rozpada.

hawana

hawana

W międzyczasie udało mi się znaleźć w jednym z przewodników informację, że Casablanca to miejsce, skąd wyruszyła w Kubę pierwsza elektryczna kolej. Wiedząc na podstawie własnych doświadczeń, co oznacza w praktyce deszcz w klimacie tropikalnym, musieliśmy zrobić w drodze do miejsca noclegowego mały postój na Placu Vieja. Zaczynało padać coraz mocniej i nie chcieliśmy stracić zarówno sprzętu elektronicznego, jak i przewodników. Całe szczęście, że nie przyszło nam iść dalej. Co prawda znajdowaliśmy się pod zadaszeniem zaledwie kilkaset metrów od miejsca noclegowego, lecz rozpętała się szalona burza, która zdawała się nie mieć końca. Po przeszło dwóch godzinach odważyliśmy się wyjść z ukrycia, bo opady zmniejszyły się, choć nadal nie ustawały. Przemoczeni do suchej nitki zaczęliśmy pakować swój dobytek, by nazajutrz o poranku wyruszyć w kierunku Vinales.

Ogólne refleksje na temat wyjazdu zamieściłam w niedawnym wpisie pt. „Za pięć dwunasta„.