Trinidad – magiczna podróż w czasie

Mimo że pobyt w Viniales był nadzwyczaj udany, nadszedł moment, w którym trzeba było rozpocząć kolejny etap podróży. Zbudzeni jeszcze o zmroku pożegnaliśmy się z miłymi gospodarzami, by chwilę potem znaleźć się na dworcu autobusowym w centrum miasteczka. To, co mogło szokować, to brak oświetlenia w budynku, gdzie odbieraliśmy nasze bilety. Oczywiście było to podyktowane względami oszczędności, choć dla nas zupełnie niezrozumiałych. Czekała nas podróż autobusem trwająca niespełna dziesięć godzin. Oczywiście nie była to ciekawa perspektywa, ale z doświadczenia wiem, że może być gorzej. Kiedyś musiałam dojechać do Paryża autokarem, w którym non stop odtwarzane były „ambitne” polskie komedie romantyczne, w których zmieniały się jedynie tytuły, bo aktorzy wciąż byli ci sami.

W nowej rzeczywistości

W miarę zbliżania się do Trinidadu można było dostrzec Morze Karaibskie. Ostatni etap trasy obejmował drogę położoną przy samym wybrzeżu. Na pobliskim dworcu znowu zostaliśmy obskoczeni przez naganiaczy noclegów, przez których ciężko było się przebić. Wśród wielu znajdujących się tam osób jeden mężczyzna czekał na nas. Pomógł się nam przedrzeć przez tłum, pokierował do rowerowej taksówki i kazał jedynie pod żadnym pozorem nie płacić za przejazd. Później okazało się, że był to mąż Ruth – właścicielki casy, w której zarezerwowaliśmy nocleg. Także i w tym przypadku okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Pomimo bariery językowej zostaliśmy bardzo miło przyjęci, ugoszczeni m.in. darmową kolacją przez ludzi, którzy starali się nam pomóc w każdej sytuacji. Plan wybrania się na okoliczną starówkę został pokrzyżowany przez intensywne opady deszczu, które utrzymywały się do następnego dnia…

Kiedy pogoda nie dopisuje

Budząc się nazajutrz, nie spodziewałam się, że pogoda będzie taka niekorzystna. Jednak mimo to lepszą opcją od pozostania w casie jest próba zwiedzenia miasta, które uznawane za wyjątkowo urokliwe.

Nie bez powodu UNESCO wpisało je w 1988 roku na listę światowego dziedzictwa. Zanim opuściliśmy swój pokój, Ruth wręczyła nam parasolkę, która okazała się bardzo przydatna tego dnia.

Żeby sensownie spożytkować czas, udaliśmy się na początek do kantoru, by wymienić potrzebną nam ilość gotówki. Kasjerka wyszła z założenia, że wyda nam kwotę zaokrągloną w dół, bo te kilka, czy kilkanaście CUC nie zrobi dla nas różnicy. Dlatego tak istotne jest, by przed odejściem od kasy przeliczyć dokładnie pieniądze, bo później reklamacje nie są już uwzględniane. To w zasadzie jedyna tego typu sytuacja, jaka spotkała nas podczas całego pobytu.

Po opuszczeniu tego miejsca spotkała nas niespodzianka, bo w długiej kolejce spotkaliśmy starych znajomych, z którymi dzieliliśmy taksówkę z lotniska do starej Hawany. Okazało się, że podróżowali w zupełnie odwrotnym kierunku od naszego i wciąż uciekali przed opadami deszczu. Po wymianie wskazówek udaliśmy się dalej, by podziwiać niezwykłą zabudowę miasta.

Deszcz stopniowo ustępował, jednak nie na tyle, by móc swobodnie wykonać kilka pamiątkowych zdjęć. Dlatego dobrym wyjściem było odwiedzenie jednej z okolicznych lodziarni, która serwowała pyszne lody. Był to dobry czas, by w końcu przysiąść do przewodnika i ustalić, jak będą wyglądały nasze najbliższe dni. Nie pozostało nic innego, jak rozłożyć pożyczoną o poranku parasolkę i ruszać w drogę.

Playa Mayor to serce miasta, wokół którego skupione są najważniejsze budynki. Na pierwszym planie wyróżnia się barokowa katedra Parroquial de la Santisima Trinidad.

Nieopodal niej mieści się Muzeum Narodowe Walki z Bandytami, do którego weszliśmy m.in. ze względu na możliwość wejścia na wieżę, z której rozpościera się przepiękny widok na zabudowę oraz tereny wchodzące w skład Parku Narodowego Topes de Collantes.

Wewnątrz uwagę na siebie zwracały eksponaty, które przypominały o tym, jakimi łotrami byli kontrrewolucjoniści.

Stosując się do rad zamieszczonych w przewodniku, ruszyliśmy trasą, która wiodła także przez rejony miasta, do których nowoczesność nie dotarła prawie wcale.

Tam nikogo nie dziwi to, że koń jest główną formą transportu. Wybrukowane i często dziurawe uliczki, przy których stały malownicze budynki na pierwszy rzut oka mogą przypominać slumsy.

To jednak bardzo krzywdząca opinia, ponieważ mieszkańcy wymieniają z nami uśmiechy i często życzą: „Happy holiday!”.

To, co zwracało często moją uwagę, to wywieszone przed domami klatki z kanarkami. Jak później wyczytałam w internecie, trafiają one tam nie bez powodu. Wedle lokalnych wierzeń mają one zapewnić właścicielowi szczęście i dostatek.

Nie sposób nie zauważyć sklepu mięsnego, który znajdował się przy tutejszym placu Trzech Krzyży.

Z każdym kolejnym krokiem utwierdzałam się w przekonaniu, że Trinidad nie bez powodu jest jednym z najchętniej odwiedzanych miast na Kubie. Pomimo że turystów przyjeżdża tutaj sporo, nie utracił on swojego charakteru.

Na koniec dnia pozostało wznieść toast w Barze Daiquiri, gdzie występ na żywo prezentował jeden z lokalnych artystów. Pomyśleć, że o poranku wydawało się, że gorzej być nie może, a jednak wszystko poszło zgodnie z planem.

Na przeciwległych wierzchołkach

Na znajdującą się kilkanaście kilometrów od centrum Trinidadu plażę Ancon zamierzaliśmy wybrać się rowerami. Według zdobytych wcześniej informacji udało mi się ustalić, że wiedzie ona na płaskim terenie, więc jej pokonanie nie jest trudne.

Problemem okazało się to, że rowerzyści, którzy chcą skorzystać z dobrodziejstw plaży, muszą od niedawna płacić niezrozumiale wysokie ceny za parking dla swoich pojazdów. Taką informację dostaliśmy w casie i polecono nam, by skorzystać z autobusu odjeżdżającego spod biura podróży lub wzięcia taksówki. Znalezienie przystanku nie było trudne, dlatego tam udaliśmy się w pierwszej kolejności. Oprócz nas stała tam grupa wielu innych obywateli różnych państw świata i wszyscy zaczynali coraz bardziej się niecierpliwić, ponieważ autobus spóźniał się od wielu minut. W tym momencie zaczęły podjeżdżać taksówki, które zabierały chętnych na plażę. Nam udało się dogadać z parą Amerykanów i po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na miejscu.

Pomimo pochmurnej pogody i ryzyka opadów deszczu woda była ciepła, dlatego koniecznie trzeba było do niej wejść. Mieniąca się różnymi kolorami, w zależności od padających promieni słońca wyglądała zjawiskowo.

Plusem dla mnie było to, że fale nie uderzały co chwilę w moje ciało. Nie była to dzika plaża typy Cayo Jutias, jednak ze względu na niewielką liczbę ludzi na niej przebywających okazała się dobrym miejscem do wypoczynku.

Po krótkiej wymianie wiadomości okazało się, że będzie też okazja, by poznać na żywo nowych znajomych, z którymi korespondowaliśmy przed wyjazdem na forum dyskusyjnym. Okazało się, że będziemy w tych samych dniach w Trinidadzie i chętnie wybralibyśmy się razem do Parku Narodowego Topes de Collantes.

Z racji tego, że taksówka miała nas zabrać o określonej godzinie, udaliśmy się w wyznaczone miejsce, gdzie spotkaliśmy naszych wcześniejszych kompanów z Ameryki. Podobnie jak nam spodobał się im ten kraj, jakże różny od realiów, w których przyszło nam żyć.

W drodze do centrum wysiedliśmy przy naszej casie, by zostawić plecak z ekwipunkiem plażowym. Mając do dyspozycji jeszcze pół dnia, szkoda byłoby tego czasu nie wykorzystać.

Planem było wejście na punkt widokowy, by tym razem znaleźć się po zupełnie przeciwnej stronie miasta. W drodze na szczyt minęliśmy m.in. ruiny starego kościoła, przy którym buduje się jakiś kompleks.

Szkoda, że nikt nie zadbał o ten budynek, bo na pewno miał dużą wartość jako zabytek.

Na trasie nie brakowało także kolibrów, które na nieszczęście szybko znikały z pola widzenia, więc nie udało się im zrobić sensownego zdjęcia.

Punkt widokowy na wysokości 180 m n.p.m. był na tyle wystarczający, by podziwiać z niego panoramę miasta i plażę, z której nie tak dawno wróciliśmy.

Dzięki uprzejmości portiera pilnującego masztu radiowego udało się nam wspiąć te kilka metrów wyżej. Sam zaprosił nas, by pokazać ciekawą okolicę.

Na szczególną uwagę zasługiwały wspaniałe, zielone krajobrazy, które przypominały mi momentami widoki z serialu Lost. W te rejony mieliśmy się wybrać następnego dnia o poranku.

Na zielonym szlaku

Park Narodowy Topes de Collantes to miejsce, o którym krążą legendy, jakoby dostać w to miejsce można się wyłącznie samochodem terenowym.

Z parą znajomych z Polski mieliśmy dogadaną wstępnie taksówkę, która miała nas odebrać z wyznaczonego miejsca. Niestety nie pojawiła się o czasie i trzeba było zacząć szukać alternatywnych rozwiązań. Pobliscy taksówkarze wiedzieli, że mogą dyktować warunki mimo znajomości języka hiszpańskiego, ponieważ nie kursują tam żadne autobusy, chyba że wycieczki zorganizowane z lokalnego biura podróży. Targowanie się na dobre zaczęło się, kiedy nagle podjechała stara Wołga i jej kierowca zaoferował przejazd za jedyne 25 CUC. Konkurencja pukała się w głowę, a my byliśmy ciekawi, czy w połowie drogi nie będziemy zmuszeni maszerować pieszo…

Rosyjska konstrukcja zapewne swoje przeżyła, a jednak dzielnie pięła się pod górę. Pod jej maską znajdował się koreański silnik, który wymagał regularnych postojów i otwierania maski, w celu uzupełnienia płynu chłodniczego. Warto dodać, że przy wyjeździe z miasta mijaliśmy rogatki, które nie były atrapą. Prześwietlono nas wzrokiem i to by na szczęście było na tyle. Na trasie spotkaliśmy także parę zapalonych rowerzystów, którzy mieli faktycznie niezłą kondycję, bo podjazd był naprawdę stromy. Jednak niech nikt nie daje sobie wmówić, że na górę jest w stanie dojechać wyłącznie nowa terenówka.

Eksploracja zielonej Kuby na własną rękę jest niemożliwa. Można poruszać się wyłącznie po wyznaczonych szlakach, a na ewentualną wspinaczkę górską trzeba udać się z licencjonowanym przewodnikiem.

Za wstęp na szlak trzeba uiścić opłatę, a potem można ruszać w drogę. Naszym celem było dotarcie do Salto del Caburni. Trasa nie jest trudna, dlatego pokonanie jej nie powinno dla nikogo stanowić problemu. Sprawny obserwator przyrody dostrzeże niejedną wygrzewającą się jaszczurkę, czy rzadkie okazy ptaków.

Przed samym wodospadem zatrzymaliśmy się przy malowniczym jeziorze. Kąpiel w nim nie jest zakazana, ale mało kto będzie miał tyle samozaparcia, by wejść do wody, której temperatura wynosiła nieco ponad 10°C.

Do samego wodospadu od tego momentu zostało niewiele do pokonania. Nie jest może aż tak monumentalny, jakby mogło się zdawać, ale przynajmniej nasza wędrówka miała jakiś cel.

Wracając do samochodu, napotkaliśmy m.in. grupę podróżujących konno.

Większą atrakcją było dostrzeżenie pośród wielu drzew ptaka, który jest żywym symbolem Kuby. Tocororo upierzony jest w kolorach flagi narodowej, stąd łatwo odróżnić go od innych okazów. Niestety znajdował się zbyt wysoko, by zrobić mu wyraźne zdjęcie. Innym okazem, który świetnie maskował się z racji swoich barw w lesie tropikalnym, był malutki Płaskodziobek kubański.

Po dotarciu do miasta udaliśmy się do jednego z miejscowych barów, gdzie udało się nam nawiązać dobre relacje z obsługą za pomocą tłumacza Google w telefonie. Na tej wyprawie przydał się niejednokrotnie i pomógł wyrazić wiele swoich myśli.

Pogoda tego dnia dopisywała szczególnie, dlatego warto było pospacerować urokliwymi ulicami Trinidadu raz jeszcze.

Przy muzeum, które odwiedziliśmy pierwszego dnia, spotkaliśmy starszego pana, który sprzedawał świeżą wodę kokosową w łupinie. Sprawnie siekał maczetą kolejne kokosy dla swoich klientów, aż za którymś razem nie trafił w jeden ze swoich palców.

Poprosił jedynie o zawiązanie mu opatrunku, pokazał inne palce z bliznami i wrócił do pracy. Czegoś podobnego nigdy bym się nie spodziewała. Taki urok ma właśnie Kuba z dala od kurortów dla zachodnich wczasowiczów. Sama woda smakowała wybornie, nieporównywalnie lepiej od tej, którą można kupić w sklepach. Mając możliwość jej spróbowania, polecam ją każdemu, ponieważ jest bardzo orzeźwiająca.

Nawet gdybyśmy chcieli, to nie było szans, by zostać dłużej w tym mieście, ponieważ mieliśmy już uzgodnione dalsze noclegi, stąd następnego dnia rano pożegnaliśmy się z gospodarzami, założyliśmy plecaki i ruszyliśmy na pobliski dworzec. To, co było pewnym zaskoczeniem, to absolutny brak latarni, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Dlatego warto patrzyć pod nogi jak stawia się kolejne kroki, bo upadek z wysokiego krawężnika mógłby oznaczać np. skręcenie kostki. Na trasie towarzyszyła nam para zakochanych psiaków, które nie ustępowały nam na krok. Koniecznie chciały, by podzielić się z nim czymś do jedzenia. Nie do końca jasne było to, gdzie będzie czekał nas autobus, dopiero po dopytaniu się o szczegóły wyszło na to, że zupełnie przeciwnej stronie dworca. Mogło się okazać, że odjechałby bez nas do znienawidzonego przez backpackerów i podróżników Varadero…